BEZ SPINY

Jak zwykle dostałam to, czego akurat potrzebowałam, bo oczywiście nieprzypadkowo w ostatnich dniach trafiłam na kolejną książkę doktora Davida Hawkinsa o uwalnianiu, poddawaniu i odpuszczaniu. Odpuszczaniu wszystkiego: emocji, uczuć, przekonań, oczekiwań, przywiązań, a nawet marzeń, pragnień i wszelkiego “chcenia”.

Bo im bardziej chcesz, tym większą barierę tworzysz między sobą i swoim celem. Wyznaczaj cele, ale nie spinaj się, nie upieraj się, że to musi się wydarzyć, nie twórz presji swoimi myślami. Wydarzy się – ok.

Nie wydarzy się – też ok.

Po “rozwojowemu”: poddaj się, a zwyciężysz.

Po młodzieżowemu: miej wyje*ane, a będzie ci dane.

Po życiowemu: odpuść plan, którego kurczowo się trzymasz, a wtedy wszystko ułoży się jeszcze lepiej niż sobie to wymyśliłaś.

Mój umysł ubzdurał sobie, że minimalistycznie, przejrzyście i “perfekcyjnie” będzie, gdy na stronie “My Wiedźmy” znajdą się tylko cytaty z fotografiami natury, a od czasu do czasu moje długie felietony. I najlepiej, gdyby udało się publikować jeden felieton w tygodniu.

Jak widzicie, nie udaje się.

Między innymi z tego powodu dopadł mnie mały kryzys emocjonalny. Ale przecież tutaj sami swoi, więc napiszę, jak jest.

Przede wszystkim człowiekiem jestem,

nie tylko wiedźmą.

Z kolei mój narzeczony jest nie tylko wiedźminem i człowiekiem, ale też rolnikiem. Prowadzi dość duże gospodarstwo rolne wspólnie z rodzicami.

(Anegdotka na marginesie: Gdy byłam dzieckiem, moi rodzice również prowadzili gospodarstwo rolne, więc wiedziałam, z czym to się wiąże i powtarzałam sobie już jako kilkuletnia dziewczynka, że mój przyszły mąż może wykonywać każdy zawód świata – może być nawet “babcią klozetową” – byleby nie był rolnikiem, bo rolnicy nigdy nie mają wolnego.

No i cóż… Chichot losu. Serce nie sługa. Wszechświat podobno nie słyszy słowa “nie”, więc uważajcie, gdy sobie powtarzacie, że czegoś bardzo NIE chcecie. W dorosłej praktyce okazało się, że życie z rolnikiem ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów, ale to już temat na inny felieton.)

A wracając do teraźniejszości:

Wiosna to intensywny, bardzo pracowity czas w gospodarstwie, a mój teść trafił do szpitala i czeka go półroczna rekonwalescencja, w związku z czym dużą część jego obowiązków przejął mój narzeczony i jest zajęty od wczesnego ranka do późnego wieczora.

A ja przez większość doby zajmuję się synkiem i trudno jest mi znaleźć czas, ciszę, spokój i energię do pisania felietonów. Do pisania czegokolwiek. (W tym momencie w głowie odzywa się głos mojego taty: “Dziewczyno, jedno dziecko tylko masz i ty nie masz czasu?? Dawniej kobiety…” )

No ok, żeby być całkowicie szczerą, zdarzają się wolne chwile podczas popołudniowej drzemki dziecka, ale często jestem wtedy tak wyczerpana, że w wyborze pomiędzy czytaniem książek a pisaniem, wygrywa czytanie. (“Dziewczyno, jedno dziecko tylko masz, siedzisz w domu i jesteś zmęczona?? Dawniej kobiety…” )

Napisanie felietonu zajmuje mi ok. dwie-trzy godziny, ale później tekst “leżakuje” i redaguję go przez kilka dni, podchodząc do tego zadania poważnie, jakbym redagowała rozdział książki.

Ale czy trzeba się do tego tak sumiennie, projektowo przykładać? Czy nie mogę podchodzić do tego bardziej na luzie, pisać nieco krócej i może mniej poprawnie, ale za to częściej i “zwyczajniej”, tak jakbym zwracała się do kumpli po fachu?

Przecież nie chcę tworzyć dystansu wedle schematu “autorka – odbiorcy”. Nie bez powodu umieściłam w nazwie strony słowo “MY”. My wszyscy tu obecni. A więc wspólnota, równość, przyjaźń, luz.

Zerknęłam niedawno na statystyki strony i okazało się, że odkąd przestałam publikować felietony, ruch na stronie z dnia na dzień maleje. Coraz mniej wyświetleń, reakcji, udostępnień, komentarzy i nowych obserwujących.

W ostatnich trzech miesiącach wszystkie te wskaźniki spadły o ok. 50% (a wcześniej stale rosły).

Powinnam być zawiedziona i przygnębiona, ale tak naprawdę radość dmucha mi w skrzydła, bo takie statystyki najprawdopodobniej oznaczają, że główną mocą tej strony były moje autorskie teksty i nasze rozmowy w komentarzach, a nie cytaty znanych osób.

Tak więc jeśli nie macie nic przeciwko temu, spróbuję odpuścić swój bezpieczny plan i pisać częściej – o wszystkim, co do mnie przyjdzie – niekoniecznie w tematyce “wiedźmowej”.

Nie chcę wciąż czekać z pisaniem na wolny, spokojny dzień, bo taki może zbyt szybko nie nadejść. Myślę, że zrozumieją to zwłaszcza matki i rolnicy.

Wszystkim Wam – dzietnym i bezdzietnym,

z hektarami i bez – życzę dużo wolnych, spokojnych dni.

Niech nam się darzy

Anna Jargan