966. Wiesz, co to za data? A czy wiesz naprawdę, co się wtedy działo? W podręcznikach mówi się o chrzcie. O początku nowej epoki. O „wejściu do cywilizacji”. Ale z perspektywy dawnych Słowian nie był to tylko akt wiary. To był moment głębokiej transformacji świata, w którym żyli od pokoleń.
Słowianie mieli swoje świątynie, swoje miejsca mocy, swoje obrzędy i bogów – zanim ktoś ogłosił, że „ich nie było”. Decyzji nie podejmował lud. Zdecydowano za nich. Stare symbole zaczęto niszczyć, stare imiona zakazywać, dawne rytuały wypierać. Nie po to, by wzbogacić duchowość, ale by ją zastąpić nową narracją.
Bogów nazwano demonami. Kapłanów – czarownikami. Obrzędy – zabobonem. To nie była tylko zmiana religii. To była zmiana języka, pamięci, tożsamości. Psychologiczna wojna o to, jak człowiek ma rozumieć świat, siebie i swoje miejsce we wszechświecie.
Słowianie nie zniknęli fizycznie. Znikali powoli – mentalnie. W kolejnych pokoleniach zapominano imiona dawnych bogów, sens dawnych świąt, znaczenie dawnych znaków. Szacuje się, że nawet dziewięćdziesiąt procent wierzeń i rytuałów zostało utraconych bezpowrotnie. To, co przetrwało, zostało „przebrane” w nowe formy i nowe znaczenia.
Nie przegrali dlatego, że byli słabi. Przegrali dlatego, że odebrano im głos. A historię zaczęli pisać zwycięzcy. Przez setki lat opowiadano jedną, piękną wersję o „nowej wierze”, podczas gdy pod spodem wciąż tliła się pamięć starego świata, którego już nie wolno było nazywać po imieniu.
Może dlatego do dziś tak bardzo ciągnie nas do lasów, ognia, pełni, starych symboli, mitów i opowieści. Bo coś w nas pamięta świat, którego oficjalnie już nie ma – ale który nigdy do końca nie zniknął.

